czwartek, 14 lutego 2013

Deszcz, smutek i łzy


Powietrze po deszczu jest rześkie. Moim ciałem wstrząsają dreszcze, ale nie wchodzę do środka. Tylko tutaj mogę poczuć zimno. Kocham je, bo tylko ono sprawia, że wciąż wierzę w to, że jestem człowiekiem. Wtedy mogę sobie wyobrazić, że On wychodzi za mną na balkon, obejmuje mnie czule ramionami, a ja wtulam się w jego sweter i czuje jego zapach. Wyobrażam sobie, że po chwili On składa delikatne pocałunki na czubku mojej głowy. Te marzenia sprawiają mi ból, który ogarnia całe moje ciało. W końcu wracam do mieszkania. Idąc korytarzem, opuszkami palców muskam wszystkie przedmioty na mojej drodze i wyobrażam sobie, że On robi to samo. I czekam aż jego ręce uniosą mnie do góry, a z moich ust wydobędzie się okrzyk radości. Obracam się na chwile, spoglądam przez okno i dostrzegam wiatr poruszający gałęziami drzew. A On wtedy znika. Ptaki dalej śpiewają. Jak to jest możliwe? W szkole uśmiecham się, śmieję się, rozmawiam. A potem w domu zakładam słuchawki, wyciągam pamiętnik i przy akompaniamencie muzyki piszę te słowa. Nikt nie widzi we mnie tego ogromu cierpienia. Oni nie chcą tego widzieć. Tak jest łatwiej żyć, ale jednak ja czekam, aż na szybie przez którą patrzę pojawi się długa rysa, a po chwili szkło rozsypie się w drobny mak. A przede mną stanie On. Ludzkie wcielenie miłości. Niebieskie oczy będą patrzeć w moja stronę, a w nich odbijać się będzie światłość życia. Czekam na jego oddech, wzrok, słowa, uśmiech. Czekam po prostu na niego, na ludzkie wcielenie mojej miłości z poprzedniego życia. To doprowadza mnie do płaczu. To marzenie, które nigdy się nie spełni. Nienawidzę tego cierpienia, które nie chce opuścić mego ciała. Prawa strona mego ciała drętwieje. Tylko Jego dotyk może  mnie uleczyć. To boli! Z każdym dniem coraz bardziej. Pragnę tego! POTRZEBUJĘ TEGO! Teraz! NATYCHMIAST! Bo ja umieram, ale nikt tego nie widzi. Moja dusza umrze wkrótce, rozbije się na tysiące kawałków i zostanie tylko ciało. Bo ja umieram. Coraz bardziej z każdym dniem.